Odkąd pamiętam nasz dom śmierdział alkoholem. Po kątach walały się butelki, a z kuchni posępnie spoglądały stosy brudnych naczyń. Nie lubiłem tam przebywać, dlatego na całe dnie starałem się wychodzić na zewnątrz. Nie zawsze, jednak było możliwe. I nie zawsze możliwe było pominąć kłótnie rodziców. Chciałbym napisać, iż tego dnia nadzwyczajnie na siebie krzyczeli, lecz… było to normą. Tym razem, jednak zdarzyło się coś, o czym chciałbym o czymś wspomnieć, drobiazg, który szczególnie zapisał się w mojej pamięci, choć wówczas może wydawać się nic nieznaczący. Podczas szarpaniny, ojciec gwałtownie rzucił pusta puszką o podłogę, ta zaś ku mojemu zaskoczeniu, podskoczyła bardzo wysoko. Zwróciło to moją uwagę. Zdawało się, jednak że wyłącznie moją – rodzice nie podzielali mojego zainteresowania. Stałem tam osłupiały, starając się zrozumieć owe zjawisko swym dziecięcym umysłem, aż tu nagle, moja mama zaczęła mną trząść i wrzeszczeć, kierując się bardziej do ojca, niż do mnie:
- Ty cholerny łajdaku! Jak mogłeś? Jak mogłeś przekląć mnie tym cholernym upośledzonym dzieckiem?
Na to ojciec już bardzo wstawiony zabełkotał:
- Debilko, to Twój syn! Nie mów przy nim takich rzeczy.
- Jeśli jeszcze tylko on cokolwiek by rozumiał!
Rozumiałem, choć moja mama o tym nie wiedziała, bo przyznam szczerze, nie bardzo miałem ochotę z nią rozmawiać. Być może wdałem się w ojca, milczącego i wycofanego, odważnego i gadatliwego wyłącznie wtedy, gdy się napił. Tylko, że… ja nie piłem i w związku tym nie miałem zbyt wielu okazji, aby się otworzyć. Takie okazje, jednak bywały.
Kłótnie rodziców bardzo różnie się dla mnie kończyły. Najczęściej jeden z nich wyganiał mnie, starając się pokazać, iż w porównaniu z drugim, potrafi się mną zaopiekować, oszczędzając mi nasłuchiwania się tej wzajemnej agresji. To głupie, ponieważ gdy tylko miałem ochotę słuchać wystarczyło mi stanąć przy oknie po stronie dworu. I rzeczywiście niekiedy tak właśnie robiłem. Wtedy przynajmniej coś się działo, najczęściej bowiem w domu panowała cisza. Niezależnie od tego czy ktoś akurat byli w nim rodzice czy nie. Zawsze, jednak byłeś ty, dziadku. Głuchy i bardzo stary. Wiedziałem o tobie, że niebawem masz umrzeć. Wielokrotnie usłyszałem to z ust mamy. Wiem o tym, że tacie było z tego powodu przykro, lecz nie okazywał tego zbyt często. Pewnego razu, gdy mamy nie było w domu, płakał trzymając cię za rękę. Myślał, że tego nie widzę. I dobrze, bo prawdopodobnie strasznie by mnie zlał. Tak samo, jak wówczas gdy dowiedział się o tym, iż byłem nad przepaścią. Od zawsze znajdowała się ona nieopodal naszego domu. Lubiłem tam chodzić, aczkolwiek na długo przestałem. Początkowo z tego powodu, iż po konfrontacji z ojcem coś pękło w moim udzie i przez długi czas musiałem wyłącznie leżeć. Później, zaś się bałem, że wszystko to się powtórzy. Nabrałem przekonania, że ojciec mnie nienawidzi. Choć chyba nie był to najlepszy wniosek. Wiem teraz, że ojciec nienawidził siebie.
Wracając, jednak do ciebie, dziadku. Czasami ze sobą rozmawialiśmy. O ile… można było nazwać to rozmową. Z powodu twojej niemalże całkowitej głuchoty nie miałem pewności czy w ogóle mnie słyszysz. Tym bardziej, iż chyba nie odnosiłeś się do tego, co mówię. Gdy mówiłem, jednak patrzyłeś na mnie uważnie, a twoje łagodne spojrzenie sprawiało, iż łatwiej było mi wyobrażać sobie, że rozumiesz wszystko. Już wtedy czułem do ciebie sympatię. Nie wiedziałem dlaczego. Oboje żyliśmy w swoich światach, niby to blisko, niby daleko, odcięci od wszystkiego, co nas otacza. I chyba nas to łączyło. Twoim światem niewątpliwie były gwiazdy. Niekiedy, gdy byłem smutny i jakoś tak przychodziła kolej na twoje mówienie, opowiadałeś mi o nich. Co zabawne i też trochę przykre to to, że samemu rzadko je widziałeś. Starość sprawiała, że ciężko było ci utrzymać głowę poderwaną do góry na dłużej i w związku z tym kazałeś mi opisywać, co widzę na niebie. Teraz, gdy to piszę zastanawiam się czy nie udawałeś, czy nie chciałeś tym przechytrzyć mnie, abym to również i ja patrzył w wzwyż.
Jednego z takich razów, gdy już zmęczyłem się udowadnianiem - pewnie bardziej sobie, niż tobie – że wiem gdzie znajdują się poszczególne konstelacje, powiedziałeś do mnie: „Przyjdzie czas, w którym będę na Ciebie stamtąd spoglądał.” I zamilkłeś, jak miałeś w zwyczaju to robić. Zastanawiałem się nad tym przez pewien czas i wydało mi się to absurdem. Nie jestem głupi, jak zdarzało mi się słyszeć od mojej mamy – wiedziałem, że człowiekowi nie sposób dostać się tak wysoko. Trochę mnie to zdenerwowało, lecz nie powiedziałem tego tobie. Wyłącznie siedziałem obok. Niedługo później usłyszałem chrapnięcie. Usnąłeś w fotelu na ganku. Tak jak zwykle. I tak jak zwykle przestraszyłem się, że umarłeś. Popatrzyłem na ciebie, sprawdziłem czy oddychasz i zwróciłem się w stronę łóżka. Ojciec spał, a mamy nie było w domu, ja zaś szybko zanurzyłem się w lepszym od tego świecie.
Następnego dnia, gdy tylko się obudziłem nieustannie myślałem o tym, co powiedziałeś. Wiedziałem, że nie ma to żadnego sensu, aczkolwiek nie potrafiłem przestać. Rozmyślałem włócząc się po okolicy w poszukiwaniu różnych śmieci, aby później móc schować je w swojej kryjówce w ulubionych krzakach. Znałem każdy zakątek, każdą dziuplę, wzniesienie czy drzewo. Nie było tu zbyt wiele do robienia. Rodzice z jakiegoś powodu wybrali miejsce niemalże całkowicie pozbawione ludzi, prawdziwą samotnię. Garstka sąsiadów, która zresztą oddalona była o znaczny kawał drogi, nie posiadała dzieci, toteż to, co kotłowało się w mojej głowie przeznaczone było wyłącznie napotkanym zwierzętom. Tym razem napatoczyła się wiewiórka. Gdy gwałtownie i wręcz z wyrzutem zapytałem się jej: „O co może mu chodzić?”, wdrapała się na drzewo, skąd ukradkiem mnie obserwowała. Po rozmowach z tobą byłem przyzwyczajony do prowadzenia monologów, toteż sytuacja ta nie była dla mnie czymś dziwnym. Pozwoliłem sobie jeszcze trochę ponarzekać, aż nagle – prawdopodobnie w akcie desperacji – wiewiórka zrzuciła na mnie kasztana. Ten uderzył mnie w głowę. Zabolało. Potarłem czoło i poirytowany spojrzałem w górę. I wtedy wydarzyło się coś, co odebrało mi moją złość. Wpatrując się we mnie wiewiórka pochyliła głowę i jakby powiedziała tym: „A o co TOBIE chodzi?”. Otrzeźwiło mnie to. Jak już mówiłem, nie miałem zbyt wiele do robienia, a założenie, iż tobie faktycznie mogło o coś chodzić, że chciałeś mi tym coś przekazać, dało szanse na wypełnienie towarzyszącej mi niemalże nieustannie potwornej nudy. Podjąłem zamiar dotarcia do ciebie i dowiedzenie się czegoś więcej.
Nie było łatwo. Albo wciąż mnie ignorowałeś albo rzeczywiście byłeś całkowicie głuchy. Próbowałem na różne sposoby: prosiłem, krzyczałem, pytałem, gdy spałeś (mając nadzieję, że wymamroczesz coś przez sen), starałem się przekupywać cię starymi cukierkami, które znalazłem na ścieżce, lecz za każdym razem reagowałeś w ten sam sposób, jak dziadek, którego dobrze znałem. Patrzyłeś się na mnie przeciągle, a później nawiązywałeś do czegoś zupełnie niezwiązanego z tematem. Zwykle nieskładnie. Po czasie przestałem myśleć o tej pokrętnej wypowiedzi, z niewytłumaczalnego powodu jednak moje pragnienie zrozumienia gwiazd się pogłębiło. Z większą pieczołowitością śledziłem twoje stany, chcąc wychwycić ten, w których akurat mówiłeś o rozgwieżdżonym niebie. Często się powtarzałeś, jakbyś starał się nie zapomnieć jedynego porządku, który chronił cię przed całkowitym zapadnięciem się w otchłań. Nie przeszkadzało mi to jednak. Byłem cierpliwy. I było warto. Po pewnym czasie wiedziałem już, iż za gwiazdami są inne gwiazdy, i że w ogóle cokolwiek istnieje, znajduje się w kosmosie, lecz wciąż jeszcze nie to, miało dla mnie prawdziwą wartość.
Pewnego wieczoru, po wysłuchaniu dziewięćdziesięciu dziewięciu faktów, z których wyłącznie jeden był dla mnie nowy, zamilkliśmy. Przerwałeś długą ciszę, równie niespodziewanie jak niegdyś oznajmiając: „Jesteś dobrym chłopcem.”. Poczułem mdłości i zrobiło mi się bardzo niewygodnie. Jednocześnie niewytłumaczalnie miałem wrażenie, iż to co usłyszałem stanowiło rzeczywiste rozwiązanie drażniącej i zapomnianej już zagwozdki. Teraz wiem, że byłem w błędzie. To, co powiedziałeś stanowiło wyłącznie wstęp, było próbą (całkiem udaną) zmiękczenia mnie i przygotowania na to, co miało nadejść. Czy byłem jednak na to gotowy? To być może rozczarowujące, lecz nie. Cisza, w której się znajdowaliśmy stawała się coraz gęstsza, aż w chwilę później zacząłem się w niej dusić. Nie mogąc już dłużej wytrzymać, wstałem i odwróciłem się, by tylko nie usłyszeć niczego więcej, co ponownie mogłoby mnie zranić. Nie był to czas, w którym mógłbym od tak przyswajać, toteż zamknąłem się w sobie, a ciało nieznoszące sprzeciwu nakazało mi uciekać. Gdy jednak już miałem odchodzić powiedział coś, co niejako wyryło się we mnie. Jedne z ostatnich pełnych zdań, jakie kiedykolwiek w moją stronę wypowiedziałeś brzmiało: „Nie myśl, że chodzi tylko o gwiazdy, tam znajdują się dusze, tych którzy wznieśli się na tyle wysoko, aby niebo samo ich poniosło”. Usłyszałem to bardzo wyraźnie. Nie miałem żadnych wątpliwości. Jednocześnie nie mogłem mieć nawet pewności, że wypowiedziałeś te słowa do mnie, że chciałeś mi nimi coś zakomunikować. Byłem już, jednak bardzo zmęczony. Nie pozostało mi nic innego, jak oddalić się, aby w sobie samym rozważać tą nietypową wypowiedź, wciąż i wciąż powtarzać każde zawarte w niej słowo.
Kontemplacja wzbudziła we mnie obsesje, na gruncie której wyrosło prawdziwe powołanie do osiągnięcia wyżyn. Z perspektywy czasu wydaje mi się to rozczulające i zrozumiałe dla kilkulatka, iż nie miałem wówczas na myśli osiągnięcia wykształcenia, założenia rodziny czy nawet bycie lepszym człowiekiem. Swój wysiłek skoncentrowałem na skakaniu, mając nadzieję, iż jeśli uda mi się dostatecznie wysoko skoczyć to wówczas „niebo samo mnie poniesie”. Skakałem nieustannie. Gdy rozpoczynałem dzień nie myślałem już o niczym innym, jak o skakaniu. Włócząc się wciąż podskakiwałem. Skakanie stało się moim niemalże jedynym sposobem przemieszczania się. Stało się moją pasją, jedyną nadzieją na to, iż wzniosę się ku gwiazdom, a moje życie nabierze jakiegokolwiek znaczenia. Już nawet kosmos przestał być dla mnie tak interesujący. Coraz częściej zmęczony po całodniowym naprężaniu łydek, wycieńczony i obolały kładłem się spać, pozostawiając ciebie samotnie kołyszącego się w poniszczonym fotelu. Jednocześnie nasza relacja w pewien sposób się wzbogaciła. Nie opierałem się już tak bardzo o to, co mówiłeś – zresztą coraz trudniej było mi cię zrozumieć – a więcej patrzyliśmy sobie w oczy. Spoglądając na mnie skaczącego przy ganku wydawałeś się szczęśliwy, a nieraz miałem wrażenie, że nawet się uśmiechasz.
Swój zapał starałem się, jednak ukrywać przed rodzicami. Choć początkowo wcale tego nie zamierzałem to bardzo szybko uświadomiłem sobie, iż jest to koniecznością. Moja mama zyskała kolejne okazje, aby przypominać mi o tym, iż jestem upośledzony, aczkolwiek najbardziej bałem się ojca. Niegdyś, gdy wróciłem ze swojej wędrówki, aby podkraść z domu jakieś pomidory z puszki albo kawałek pasztetu, tak jak za każdym razem ujrzałem cię coraz bardziej zapadniętego w fotelu. Tak mi było jakoś wesoło, że zacząłem przy tobie energicznie skakać. Miałem nadzieję, iż również tym razem uda mi się wzbudzić na twojej twarzy uśmiech. W swym podnieceniu nie zwróciłem, jednak uwagi na to czy któryś z rodziców znajduje się w pobliżu. Zza drzwi wyłonił się ojciec. Nie był pijany, a raczej lekko wstawiony. Ujrzawszy go, zmroziło mnie. Stanąłem w miejscu, chcąc przepraszać, lecz nie byłem w stanie wymówić ani jednego słowa. Spodziewałem się kolejnego lania, lecz ku mojemu zaskoczeniu skomplementował mnie, mówiąc: „Wysoko skaczesz.”. A później trzymając butelkę piwa odszedł, a mnie zamurowało. Na pewien czas, z dzień albo dwa, przestałem skakać w ogóle, później jednak skakałem jeszcze więcej. Mniej dbałem o to czy widzą mnie rodzice. Nawet wyzwiska przestały być tak dotkliwe. Co prawda ojcu zdarzało się w kłótni powiedzieć coś na temat tego „idiotycznego zachowania”, aczkolwiek wyobrażenie, iż w głębi serca, gdzie głęboko, głęboko w sobie mnie podziwia, dawało mi siłę na to, aby nie przestawać. Nigdy. Nawet wtedy, gdy nadeszło najgorsze.
Twoje zdrowie, dziadku, nieustannie się pogarszało. Odchodziłeś powoli, aż w końcu mama znalazła cię martwego w fotelu. Jej krzyk poniósł się echem, intruzywnie zasiedlając moje serce. Nie było pogrzebu, nikt ze sobą nie rozmawiał. Zapanowała cisza. Ojciec w ciągu jednego dnia wykopał dziurę i pochował cię. Co zaskakujące, przez cały ten czas - pomimo, że trzęsły mu się ręce, a wewnętrzne drżenie opanowywało organizm - nie pił. Nie przydało mu to, jednak majestatu. Wyglądał na pokonanego. Zrobiło mi się go żal. Aż chciałem przynieść mu butelkę piwa. Było mi za niego wstyd. Wiedziałem, iż alkohol może mi go przywrócić, co prawda wstawionego i wulgarnego, lecz w porównaniu do tego, jaki był teraz - zasmarkany i żałosny - silnego. Pomimo tych myśli, nie miałem zamiaru niczego zmieniać. To, co się działo było zbyt realne i magnetycznie przyciągające. Nie żyłeś. Nie potrafiłem poukładać tego w głowie. Nie zdziwił mnie brak mamy w tym czasie. Zdziwił mnie, jednak brak mnie samego. Otępiałem, jak przestraszone zwierzątko. Odciąłem się od wszystkiego i zatraciłem w pustce. Nie trwało to, jednak długo. Z odrętwienia obudził mnie ojciec, który już następnego dnia powrócił do siebie. Z tą różnicą, iż od tamtego momentu stał się bardziej konsekwentny. Mama, która wróciła na trzeci dzień, zastała dom zdemolowany. Butelki, które niegdyś sporadycznie walały się po kątach, teraz bezceremonialnie witały od progu. Śmierdziało moczem oraz rzygami. Po raz pierwszy zobaczyłem mamę nie tyle rozgniewaną, co autentycznie przerażoną. Starała się pomóc ojcu, ten zaś ją oszukiwał - pił coraz więcej. Gdy tylko mieli siłę, kłócili się, gdy zaś ją tracili odgrywali swoje role, starając się ukryć, iż są jeszcze w stanie sobie wybaczyć. Atmosfera w domu stała się nie do zniesienia.
„Nie myśl, że chodzi tylko o gwiazdy, tam znajdują się dusze, tych którzy wznieśli się na tyle wysoko, aby niebo samo ich poniosło” – obsesja na punkcie tych słów stała się coraz silniejsza. Nie przeczytałem dotychczas ani jednej książki, a i nie uczęszczałem do kościoła, i być może to dlatego nigdy nie natknąłem się na słowa tak przemożne, dające sens i nadzieję, że mój trud może coś znaczyć. Rozumiałem te słowa jako dziecko, usiłując rozwikłać w nich jakąś wielką tajemnice, odnaleźć klucz do czegoś większego. Z czasem, jednak zaczęło do mnie docierać, że skakanie to za mało - że potrzebuję wznieść się wyżej, a potrzeba osiągnięcia tego stała się coraz bardziej paląca. Twoja śmierć oraz to, co działo się w domu, sprawiło, iż samotność była nie do wytrzymania. Na tamten czas prawie w pełni zerwałem kontakt z rodzicami. Stałem się wyłącznie złodziejem żywności, ignorowanym w jakiejś, nie zrozumiałej dla normalnego człowieka, zmowie. Częstokroć powtarzałem sobie, że mi to odpowiada, że jestem teraz wolnym człowiekiem, aczkolwiek prawda była taka, że bardzo tęskniłem za rodzicami. Byli blisko, lecz całkowicie nie dostępni, pochłonięci sobą w bezrefleksyjnym tańcu oskarżeń i ratowania siebie.
W swej bezlitosnej, osobistej wieczności zawsze miałem dużo czasu. Siedząc na skraju pola, melancholijnie przyglądałem się wznoszącym się na wietrze mleczom. Aż nagle coś we mnie drgnęło. Zrozumiałem. Moja misja nie polegała wyłącznie na mojej nad sobą pracy, a współpracy, być może nawet pojednaniu się z tym, co dotychczas była przeze mnie niedostrzegane. To woatr wraz z moim zapałem, mógł wznieść mnie ku niebiosom. To wciąż, jednak było za mało. Wiedziałem o tym. Co prawda niekiedy podczas wichury bolą oczy, od dostającego się do nich piasku, aczkolwiek przecież byłem cięższy od piasku. Nie miałem rozwiązania, miałem jednak poszlakę. Zintensyfikowałem myślenie i udało mi się dotrzeć do pewnego wspomnienia, które ostatecznie okazało się przesądzające. Wspomnienie tyczyło się tego, gdy mój ojciec rzucił puszką, która z impetem wystrzeliła w górę. Dotarło do mnie, iż być może łącząc te zjawiska: siłę własnych mięśni, wiatr oraz odbicie uda mi się poszybować dostatecznie wysoko, aby „niebo samo mnie poniosło”. Potrzebowałem to sprawdzić. Poczekałem na dostatecznie wietrzny dzień, wszedłem w na podwyższony ganek i przeskoczyłem nad dwoma schodkami. Leciałem dłużej, lecz nie wydawało mi się, abym po tym podskoczył wyżej. Próbowałem w innych miejscach. Wszedłem na wysoki kamień, płot i połowę drzewa. Efekt był podobny. Uznałem, że być może potrzebuję wyższego obiektu, najlepiej takiego, w którym mógłbym złapać naprawdę silny wiatr. Mój dziecięcy umysł znał takie miejsce. Pomyślałem o przepaści.
Od tego dnia stałem się jej stałym bywalcem. Nie miałem zamiaru od razu próbować się wznieść. Zdaje się, iż delektowałem się samą myślą, a sprawiała mi ona tyle radości, że zostawałem tam do nocy. Kładłem się wówczas na zimnej trawie i spoglądałem na gwiazdy. W swej głowie odtwarzałem twój schorowany głos. Wiedziałem, że gdzieś tam jesteś. Myśl o tym, że mógłbym się tam z tobą spotkać rozpychała mą pierś. Choć teraz wydaje mi się to dziwne to był to jeden z najszczęśliwszych dni mojego życia. Nie bałem się już tego, że zbije mnie ojciec. Skoro rodzice całkowicie przestali się mną interesować, mogłem przebywać nad przepaścią ile tylko miałem na to ochotę. Żyłem w swoim świecie, wbrew wszystkiemu, poukładanym i zrozumiałym dla mojego wieku. Aż pewnego dnia, gdy leżałem leniąc się, wzmógł się wiatr. Poczułem, że to właśnie ten moment. W sercu narastało podniecenie. Im wiało mocniej, tym pewniejszy byłem zwycięstwa. Nie znałem odpowiedniejszego obiektu do odbicia się, a i nigdy nie poprzestałem trenowania skoków. Oczywiście istniało prawdopodobieństwo, że jestem za mało przygotowany, że być może w inny dzień wiałoby silniej, aczkolwiek nie chciałem już czekać. Wstałem i rozpoczynając od chodu zbliżałem się do skarpy. Przyśpieszyłem kroku i już zupełnie nad sobą nie panując, zacząłem biec. Poczułem jak przyśpieszył mój oddech. Oczy i właściwie cała twarz bolała mnie od przecinania wiatru. Czułem, że coś mnie wypełnia, że w końcu zasłużyłem i choć nie czułem się kochany przez innych, kochałem siebie. Za swój intelekt, za determinację. Zbliżałem się coraz bardziej. Nastąpiłem na malutkie kamienie wyściełające skraj ogromnej przepaści. Nie zatrzymywałem się. Pędziłem przed siebie, rozpościerając ręce, jakbym miał polecieć. Na końcu, jednak… zatrzymałem się. Nogi odmówiły posłuszeństwa. Z ekscytacji obudziło mnie uświadomienie – to może się nie udać. Odmawiałem sobie zobrazowania tego, co mogłoby się stać, jeśliby by się nie udało. Moja pewność zblakła, a ja zapadłem się w sobie. Chciało mi się płakać, lecz nie pozwoliłem sobie na to. Opanowała mnie złość. Odwróciłem się od przepaści i w furii uderzałem pięściami w powietrze. Co było we mnie takiego, że nie mogłem w siebie uwierzyć. Będąc szczerym, nie zadręczałem się tym, że mógłbym umrzeć. Obawiałem się bardziej tego, że wciąż jestem jeszcze za słaby, za mało wytrenowany, godny, aby żyć. I nagle poczułem potrzebę przytulenia się. Było to dla mnie zaskakujące uczucie, bardzo rzadkie i prawdę mówiąc zwykle starałem się je stłumić. W tym rozrzewnieniu, jednak postanowiłem uczynić inaczej. Spuściłem głowę i pokierowałem się w stronę domu.
Zanim dotarłem zrobiło się już całkowicie ciemno. W oddali słychać było sowy, a księżyc oświetlał drogę. Otwierając drzwi domu, czułem się przegrany i głupi. Nawet w chęci zostania przytulonym nie oszacowałem czasu. Mogłem się spodziewać, że rodzice będą już spali. Jednakże się myliłem. Ojciec wraz z butelką piwa siedział przy stole kuchennym. Mama siedziała tuż obok wlepiona we mnie wyrazem twarzy, którego nie udało mi się wtedy odgadnąć. Pierwszy poruszył się ojciec, krzycząc donośnie:
- Ty gnoju! Myślisz, że nie wiemy?
- Przepraszam, ja nie chciałem – powiedziałem choć tak naprawdę nie wiedziałem o co czyniony jest mi zarzut.
- Byłeś nad przepaścią!
Pierwszy raz w towarzystwie ojca poczułem złość. Wiedziałem, iż byłoby to dla mnie gorsze, gdyby wiedział więcej, lecz pomimo tego z wyrzutem nie mogłem uwierzyć, że powiedział tylko o jednym wypadzie. „Nic o mnie nie wiesz!” – krzyknąłem. „Nie wiesz nic o tym, kim jestem, co robię, ani czuję!”. Przestraszony swym krzykiem zamilkłem. Ojciec wstał i obraził mnie, w sposób, którego nie potrafię sobie przypomnieć. Przed podejściem do mnie powstrzymała go, jednak mama. Zdziwiło mnie to. Być może to o niej powinienem był pomyśleć, gdy chciałem zostać przytulony. Zachowanie matki rozwścieczyło ojca. Był naprawdę mocno wstawiony. W akcie desperacji cisnął butelkę w moją stronę. Trafiła w ścianę, a ja poczułem się przerażony. I to wcale nie z tego powodu, iż ojciec mógłby mnie zabić, a z tego, iż to ja mogłem zabić siebie. Nie sposób mi opisać, jaki wstyd poczułem patrząc na plamę po trunku pozostawioną na ścianie, którą przed momentem oszpecił ojciec. Doszło do mnie, iż taki sam los, jak tej butelki, mógł spotkać mnie, gdybym zdecydował się skoczyć. Myśl ta, jednak nie trwała długo. Matka krzyczała głośno, obrzucając wyzwiskami ojca i szarpiąc się z nim. Ojciec pochwycił kolejną butelkę i ponownie rzucił celując we mnie. Rozbiła się przede mną. Jeden z jej kawałków powędrował w kierunku mojej twarzy. Z mojego polika polała się krew. Na moment wszystko jakby się zatrzymało. Rodzice uspokoili się, wlepiając we mnie swe głupie oczy. „Tam znajdują się dusze, tych którzy wznieśli się na tyle wysoko, aby niebo samo ich poniosło” – powtarzałem w kółko. Gdy nagle w słowach tych, coś mnie oświeciło. „Tam znajdują się dusze”. „Tam znajdują się DUSZE”. Przez cały ten czas myślałem, że chodzi o mnie. Znaczy się chodzi o mnie, lecz nie w takim sensie, jak zwykle myślałem. Mój plan wzniesienia się nad przepaścią mógł się udać, lecz mogłem także podzielić los roztrzaskującej się butelki. Gdyby, jednak nawet tak się stało, moja dusza wyleciałaby w górę, tak jak odłamek, który zranił mój polik. Bo przecież dusza to coś znacznie większego od ciała. Tym razem nie czekałem. Zanim rodzice się ocknęli, zdążyłem uciec przez otwarte drzwi. I biegłem. Biegłem najszybciej, jak tylko mogłem.
Nie zatrzymałem się nawet, gdy znalazłem się w pobliżu przepaści. Nic wówczas mnie nie obchodziło. Wiedziałem, że tym razem nie mogę już wrócić do domu. Miałem dość samotności, poniżania i własnego wieku, który niczym przekleństwo odbierał mi siły w starciu z nieokiełznanym cierpieniem dorosłych. Biegłem nie czując bólu i zwątpienia. Zależało mi tylko na jednym - skoczyć na tyle wysoko, aby wznieść się ponad rozdarcie, którego czułem się żałosną ofiarą. Dobiegłem do skraju, naprężyłem mięśnie i bez rozważania skoczyłem w gwieździstą noc.
Stopy znalazły się nad niewyobrażalną wysokością. Z emocji poczułem ból w klatce. Nie widziałem niczego i o niczym nie myślałem. Znalazłem się sam w pojedynku z przeznaczeniem. I w momencie, gdy miałem spadać by rozbryzgać się o skały wyściełające podłoże przepaści, licząc na to, iż moja dusza w podzięce za znój powędruje ku gwiazd – niespodziewanie tylko nieznacznie opadałem. Przyśpieszyłem oddech. Żaden z moich scenariuszy tego nie przewidywał. Przestraszyłem się. Zacząłem wywijać nogami w niepojętej histerii. Spróbowałem odepchnąć się od pustej przestrzeni. Tak jak zwykle skakałem. Nie wiedziałem, co robię. Zdaje się, że działałem instynktownie – chciałem uratować swoje życie. Moje starania nie poszły na marne. Każdy skok unosił mnie wyżej. Moje serce pęczniało z radości i przerażenia. Ustabilizowałem oddech i konsekwentnie parłem wzwyż ku dziecięcemu marzeniu.
W chwilę później osłona nocy zelżała, a zza horyzontu wyjrzało słońce. Spojrzałem na swoje dłonie i wydały mi się dłuższe, jakby w ciągu chwili przybyło mi lat. Odwróciłem głowę w stronę domu i wtem wydarzyło się coś, czego nie jestem w stanie wytłumaczyć. Czego z pewnością nikt nie jest w stanie wytłumaczyć. Zobaczyłem rodziców kłócących się o mnie, szukających po całej okolicy. Zobaczyłem ludzi zaangażowanych w próbę odnalezienia mnie, szperających po polach i odwiedzających dno przepaści – kończących z niczym. Mijały kolejne dni. Widziałem mamę z hukiem zamykającą drzwi domu. Wychodzącą szybko z wielką walizką ubrań. Grożącego ojca, próbującego zatrzymać ją, aczkolwiek z powodu upojenia ostatecznie upadającego na schodach ganku. Mama oddaliła się w pośpiechu. Było mi smutno. Nie chciałem, aby się kłócili. Rozumiałem, jednak to czego byłem świadkiem. I choć wiedziałem, że nie byłem za to odpowiedzialny to jednak czułem się się winny. Dzień za dniem mijał w zawrotnym tempie, choć dla mnie trwało to jedną chwilę. Tym razem dostrzegłem ojca wytaczającego się z domu i prącego w stronę przepaści. Starałem się o tym nie myśleć, zająć głowę czymś innym. Przede mną ukazał się obraz, w którym wyprowadzam się od rodziców. Nie żegnają mnie, ani ja nie próbuję żegnać się z nimi. Kształcę się. Zostaję inżynierem. Jestem dobry w swoim fachu. Zyskuję przyjaciół, a przeszłość odchodzi gdzieś daleko. Utrzymuję kontakt z rodzicami, aczkolwiek wraz z nowymi doświadczeniami, gdy odwiedzam dom, zauważam ich patologię. Uczę się o niej mówić na terapii, a moje serce oczyszcza się. Zwłaszcza, iż teraz codziennie się modle. Poznałem Boga, choć nigdy nie do końca przekonały mnie religijne dogmaty. W niebywale żywej wyobraźni kreśli się przede mną obraz pięknej kobiety, ubranej w białą suknię. Uśmiecha się do mnie. Kocham ją, a ona kocha mnie. Wszystko to dzieje się naprawdę szybko. Wiruje mi w głowie. Skręca w żołądku. W jej oczach dostrzegam wierność. Przeszliśmy ze sobą wiele. Chcę ją przytulić, wtopić się w nią i zapomnieć… o samotności, beznadziei. O wszystkim.
Czuję, że jestem coraz wyżej. Zrobiło się zimno. Próbuję myśleć o tejże nieoczekiwanej wybrance, lecz mój wzrok samoczynnie wędruje ku zataczającemu się ojcu. W końcu jego postać siada na trawie tuż przy przepaści. Z tej wysokości widzę go już znacznie mniej wyraźnie, wiem jednak, że to on - i że pije. Mijają dni, a wokół mnie nieustannie zmieniają się barwy nieba, od ciemnych przez jaskrawe. On wciąż tam jest – dostrzegam przez pierzaste chmury. Aż nagle wstaje i chwiejnym krokiem zmierza ku urwisku. Idzie powoli. Chód kosztuje go wiele. Dochodzi do skraju i oddaje swe życie posępnej wysokości. Nie unosi się nad nią jak ja. Wyłącznie umiera. I nagle zrozumiałem - zabiłem się. Uczyniłem coś strasznego. Moje ciało opanowało drżenie. Krzyczałem i wiłem się. Dlaczego jego dusza nie poniosła go wyżej? Zadawałem sobie to pytanie wielokrotnie, lecz w głębi siebie znałem odpowiedź. Był dorosły - wiedział, iż popełnia samobójstwo. Ja o tym nie wiedziałem. Byłem dzieckiem - chłopcem, który skakał wysoko. Rozpłakałem się. Nie chciałem się zabić. Przecież właśnie chciałem żyć.
W końcu poniosło mnie niebo. Już nie musiałem się wysilać. Zbliżająca się otchłań sama niosła mnie ku sobie. Znalazłem się w ciemnej pustce kosmosu. Poczułem się rozczarowany. Nie tego się spodziewałem. Od nadmiaru rozpaczy miałem dziwnie powykręcane ciało. Na twarzy odznaczyła się bezradność w konfrontacji z bólem, którego nie mogłem zrozumieć. Trudno było mi złapać oddech. Czułem się bardzo samotny. Chciałem się wznieść, aby móc żyć, a życie to samemu sobie odebrałem. To czego doświadczałem miałem za karę. Byłem teraz znacznie starszy. Stałem się dorosłym – straconym i opuszczonym. A tak przynajmniej mi się wówczas wydawało.
Przemierzając przestworze, gdzieś na horyzoncie zaświeciło światło – maleńki, ledwo dostrzegalny punkt. Obudziło mnie to. Zacząłem intensywnie wymachiwać nogami i rękoma. Sunąłem pośpiesznie, byleby tylko znaleźć się bliżej. Czy to, co migotało w oddali faktycznie mogło być tym, o czym właśnie myślałem? Wraz ze skracaniem się dystansu punkt stawał się coraz wyraźniejszy. Wnętrze mojej klatki jaśniało. Jakbym współdzielił blask, który tak usilnie mnie do siebie przywoływał. Nie mogłem powstrzymać łez. Brnąłem jak szalony, skoncentrowany i zdeterminowany. Aż w końcu ujrzałem. Ujrzałem Ciebie. Stałeś tam łagodny, na jednej z najpiękniejszych, najjaśniejszych gwiazd. Nie byłeś schorowany. Nie byłeś nawet stary. Gdy tylko mnie zobaczyłeś rozpostarłeś ramiona i patrzyłeś na mnie ciepło, nieprzerwanie, bystro. Nie sposób mi opisać tego, co wówczas poczułem. Wszystko, co złe odeszło gdzieś daleko. Nie kłamałeś. Wiedziałem, że tym razem będziemy mogli porozmawiać naprawdę. Od teraz wiedziałem, że w końcu jestem kochany. Że od teraz na zawsze będziemy razem, Dziadku.